Państwo Polskie - cywilizacyjna katastrofa

ONZ opublikowała raport na temat informatyzacji procesów zarządzania państwami. Z raportu, że nawet Kazachstan, Chorwacja czy Rosja są bardziej zinformatyzowane niż my. W raporcie ONZ Polska zajęła 47. miejsce, podczas gdy w 2010 r. byliśmy na 45., a w 2008 r. na 33. Pogarszamy swoją pozycję w dziedzinie e-administracji mimo olbrzymich środków unijnych przeznaczonych na inwestycje w tym obszarze. Za rządów PiS -u zajmowaliśmy 33 miejsce w rankingu. Rządy PO to spadek o 14 pozycji czyli informatyczna katastrofa, której konsekwencje polscy obywatele odczuwają codziennie, afery z lekami refundowanymi, katastrofy lotnicze i kolejowe. Żyjemy w państwie, które z dnia na dzień staje się coraz bardziej niebezpieczne. 

Indeks E-Government Survey składa się z kilku elementów.. Najsłabiej wypadła nasza infrastrukturę, czyli dostęp do szerokopasmowego szybkiego internetu i e-participation, czyli współdziałanie z obywatelami w sieci, prowadzenie e-konsultacji społecznych czy e-wyborów. Raport podkreśla, że polskie systemy informatyczne są zdezintegrowane.

Co to oznacza, że systemy informatyczne są zdezintegrowane ? Jak integracje informatyczną państwa można zmierzyć ? Raport ONZ podkreśla, że polski obywatel nie może – przy pomocy Internetu , załatwić wielu czynności administracyjnych od początku do końca. Przykładami można sypać jak z rękawa : aby zarejestrować dziecko u lekarza - , trzeba do przychodni iść z ostatnim drukiem RMUA poświadczającym opłacanie składek ubezpieczeniowych przez rodzica, które przecież pracodawca przekazał elektronicznie do systemu ZUS.

W Polsce ciągle nie rejestruje się firmy ale załatwia wpisy w Ewidencji Działalności Gospodarczej, KRS, REGON i. przenosi te kwitki między urzędami. Wniosek jest jeden : polski obywatel lata od urzędu do urzędu z pełna teczką zaświadczeń ponieważ – jak w powyższym przykładzie z rejestracją dziecka – systemy informatyczne ZUS – u, Ministerstwa Zdrowia i NFZ nie mogą wymieniać między sobą informacji. (podobno w lipcu ma się to zmienić) Dlaczego systemy informatyczne poszczególnych ministerstw nie są w stanie ze sobą rozmawiać, bez pomocy zabieganych obywateli ?

Półtora roku temu , w trakcie kolejnej polemiki o KRUS, premier Tusk stwierdził , że „należałoby najpierw zdefiniować czym jest gospodarstwo rolne”, bowiem istnieje kilka różnych jego definicji. Zgadzam się z premierem, istnieje wiele definicji pojęcia gospodarstwa rolnego : nieco inne są jego definicje w statystyce, w różnych rejestrach systemu IACS, systemie podatku rolnego, KRUS, co powoduje że wymiana informacji pomiędzy nimi jest niemożliwa.

Gdyby w III Rzeczposplitej obowiązywała jedna definicja „gospodarstwa rolnego”, to możnaby stworzyć jeden system informatyczny obsługujący jednocześnie GUS, KRUS, Ministerstwo Rolnictwa, IACS , ponieważ istnieje tych definicji kilka, więc trzeba stworzyć wiele systemów informatycznych. Stąd automatyczny wniosek, że na dezintegracji państwa polskiego zarabiają w pierwszym rzędzie firmy informatyczne. Im większa dezintegracja państwa, tym firmy informatyczne mają więcej zamówień. I dlatego koszta utrzymania tych systemów informatycznych w Polsce są kilka razy wieksze niż w krajach zachodnich.

Pełne koszty eksploatacji systemów tworzących infrastrukturę informatyczną systemu podatkowego w Polsce kształtują się na poziomie 4% wpływów podatkowych (wg opracowań gdańskiego Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową). Ten sam Instytut podał, że koszty systemu podatkowego w USA stanowią 0,2% wpływów podatkowych, czyli są ponad 20-krotnie mniejsze niż w Polsce. Dezintegracja informatyczna państwa jest pochodna jego dezintegracji prawnej i organizacyjnej i ten fakt raport ONZ bezlitośnie obnaża.

Dlaczego III Rzeczpospolita pogrąża się coraz bardziej w chaosie organizacyjnym, którego skutki odczuwamy wszyscy każdego dnia ? W ciągu 50 lat panowania w Polsce socjalizmu wykształcił się w naszym kraju azjatycki model relacji pomiędzy władzą a obywatelem . Model ten - w sferze informacyjnej - polegał na tym, że państwo rezerwowało sobie prawo do decyzji o gromadzeniu, przechowywaniu i udostępnianiu informacji. Natomiast obywatele i niepaństwowe podmioty gospodarcze mieli obowiązek dostarczania informacji organom państwa i co więcej obowiązek odbierania informacji emitowanych przez te organy.

W modelu azjatyckim to państwo ma wyłączne prawo do informacji, a obywatel - czy prywatny przedsiębiorca - mają obowiązki informacyjne wobec państwa. Jeżeli z tych obowiązków obywatel się nie wywiązuje to państwo go karze. Ten stan prawny można śmiało nazwać niewolą informacyjną. W modelu azjatyckim na obywatelach ciąży obowiązek przekazywania i udostępniania informacji organom państwa. Co więcej koszty realizacji tego obowiązku obciążają obywateli, to na nich spoczywa obowiązek gromadzenia i przechowywania danych i to oni ponoszą odpowiedzialność za nienależyte wywiązywanie się z tych obowiązków.

Może to być odpowiedzialność finansowa, a nawet karna. Informatyzacja III Rzeczpospolitej podjeta po 1989 r. nie zerwała z modelem azjatyckim relacji między obywatelem a państwem ; umożliwiła ona tworzenie ogromnych baz danych gromadzących wszelakie fakty o obywatelach i przedsiębiorstwach. Gdy spojrzymy na całość infrastruktury informacyjnej społeczeństwa, gospodarki i państwa, możemy dostrzec, że tworzenie poszczególnych systemów informatycznych przez biurokracje w warunkach najnowszej technologii informacyjnych prowadzi nas do iście Orwellowskiego świata.

W modelu azjatyckim informatyka staje się narzędziem terroryzowania obywateli i przedsiębiorców przez aparat państwa. Firmy informatyczne ochoczo biorą udział w tym procederze. Za takie systemy administracja chętnie i szczodrze płaci firmom olbrzymie pieniądze z naszych podatków. Paradoksalnie azjatycki model informatyzacji państwa umocniły i umacniają nadal interesy wielkich firm informatycznych. Po 1989 r. wylansowane hasło liberalizmu streszczające się w sloganie „im mniej państwa tym lepiej” zostało zaaplikowane do gwałtownej i szybkiej informatyzacji administracji publicznej, która odbywała się w warunkach całkowitej wolności "gospodarczej".

Sektor prywatny wywierał skutecznie presje na eliminacje funkcji nadzorczych demokratycznego państwa prawa nad jego infrastrukturą informacyjną, która - z uwagi na niekomercyjny charakter - była domeną władz publicznych. Z chwilą pojawienia się wielkiego popytu na informatyzację – czytaj automatyczne przetwarzanie informacji - tym segmentem dóbr publicznych zainteresowały się firmy informatyczne podporządkowując proces informatyzacji interesom własnym.

Teoria "liberalizmu" usprawiedliwiła i sankcjonowała faktyczną kolonizacje informacyjną państwa przez sektor prywatny. Innymi słowy dobro publiczne jakim jest informacja podporządkowano interesom prywatnym. W ten sposób, na poziomie informatycznej struktury państwa, doszło do symbiozy skrajnie patalogicznego, azjatycko-sowieckiego modelu przepływu informacji w administracji publicznej z skrajnie liberalnym dogmatem firm domagających się – skutecznie – aby władze zrezygnowały z funkcji nadzorczych sprawowanych dotychczas przez nią nad infrastruktura informacyjną państwa.

Raport ONZ upublicznia wśród światowych elit politycznych fakt, że III Rzeczpospolita jest własnością firm prywatnych, jest jednocześnie bezlitosny dla kasty biurokratów, którzy nie są w stanie nadążać za zmianami organizacyjnymi wymuszanymi przez rozwój społeczeństwa informacyjnego. Jesteśmy ostatnim krajem UE w którym spece od "informatyzacji urzędów" opowiadają o tzw. 20 podstawowych e-usługach, o których ONZ już dawno zapomniał.

W raporcie pod pojęciem e-Government rozumie się stały kontakt obywatela z urzędem, który - dzięki możliwościom technologii teleinformatycznych - zapewnia aktywny dialog stron tego kontaktu. Innymi słowy nasza administracja nie dostrzegła, że od 2002 roku mamy do czynienie z umasowieniem dostępu do internetu co radykalnie zmienia funkcjonowanie przedsiębiorstw i państw w erze informatyzacji , globalizacji i aktywizacji gospodarczej i politycznej miliardów internautów, którzy coraz częściej są n.p aktywnymi współuczestnikami procesu tworzenia produktu.

W tych nowych warunkach przedsiębiorstwa (państwa także) zrozumiały, ze to nie tylko konkurencja lecz także umiejętność współpracy z innymi firmami oraz użytkownikami internetu jest kamieniem węgielnym liberalizmu ery informatyzacji. Dla firm i ich akcjonariuszy staje się powoli jasne, że w dobie internetu warunkiem przetrwania i rozwoju jest nawiązanie współpracy z forami społecznosćiowymi.

Co gorsza kapitał ludzki w centralnej administracji nie jest w stanie prawidłowo zdefiniować podstawowych problemów społeczeństwa informacyjnego w dobie Internetu. 5 marca odbył się – organizowany prze ministra Boniego  - w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, Kongres  Wolności w Internecie. Dyskutowano tam o wszystkim w atmosferze radosnego bełkotu (te słowa nie dotyczą prof. prawa Ryszarda Markiewicza – autora m.in. „Internet a prawo” – ale kto z dyskutantów czytał tą książkę ?) zapominając poruszyć zagadnienie podstawowe, a mianowicie, że fundamentem każdego tematu związanego z Internetem jest odpowiedź na pytanie : czy Internet jest dobrem wspólnym ?

Czy pojawienie się Internetu nie doprowadzi do zredefiniowania „dobra wspólnego” – czy Internet jest tzw. „nowym dobrem wspólnym”. Nie chcę w krótkim artykule się wymądrzać, zainteresowanych tematem (także ekspertów ministra Boni) odsyłam do znakomitej pozycji dr. Justyny Hofmokl pt. „Internet jako nowe dobro wspólne” wydaną w 2009 r. przez Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, jednak jedna uwaga jest konieczna : młodzież na całym świecie protestowała przeciwko porozumieniu ACTA, dlatego, że traktuje Internet jako dobro wspólne.

Bez poruszenia tego zagadnienia wszelka dyskusja będzie skutkowała biegunką biurokratycznych inicjatyw Boniego i Tuska : Kongresem „Wolności w Internecie”, Kartą Podstawowych Praw Użytkownika Internetu (śliczna nazwa) itd czy powołaniem także 5 marca br.  pełnomocnika ds. rozwoju kompetencji cyfrowych w administracji i uruchomieniu projektu "nowoczesne kadry polskiej teleinformatyki publicznej, narzędzia wymiany doświadczeń i podnoszenia kompetencji" ; tego typu superbiurokratyczne inicjatywy będące zaprzeczeniem fundamentów funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego degradują nas cywilizacyjnie i pogrążają w oczach ONZ -owskich ekspertów. Państwo Polskie, którego rdzeniem jest infrastruktura informacyja powoli zanika.

 

Piotr Piętak

Drukuj E-mail