Kiedy nastąpi katastrofa informatyczna w Polsce?

000000028766Zanim odpowiem na to pytanie, postaram się – na konkretnym przykładzie – wytłumaczyć co rozumiem pod pojęciem katastrofy informatycznej państwa. W 1991 roku mieszkałem we Francji gdzie pracowałem jako informatyk – co niedziela, jak wielu francuzów – wyjeżdżałem na weekend albo do Normandii albo w Alpy. Weekendy to był interes dla hoteli sklepów, restauracji, w całej Francji, dzięki nim wiele prowincjonalnych miasteczek wogle egzystowało.

Pewnej soboty wysiadły czyli przestały działać bankomaty na terenie całego kraju. Nastąpiła prawdziwa katastrofa informatyczna i ekonomiczna. Ile towarów kupiono mniej w cukierniach czy na targach, ile restauracji świeciło pustkami itd. itd. Dlaczego bankomaty wysiadły? Otóż miesiąc przed tym weekendem wprowadzono w Francji System Wymiany Międzybankowej (w skrócie SiT), który zawalił się z powodu programu źle przetestowanego.

Program ten zamiast wysyłać ciąg 000 wysłał w pewnym momencie ciąg 111 co doprowadziło do zablokowania bankomatów. Katastrofa informatyczna jest katastrofa ekonomiczną i cywilizacyjną. W Polsce może ona nastąpić w każdej chwili, ponieważ firmy, które pracują dla administracji publicznej bardzo źle testują programy, o czym przerażona opinia publiczna dowiaduje się od czasu do czasu. Dlaczego programy źle się testuje?

o informatyzacji admnistraci w Polsce - czytaj tutaj

Dlatego, że testy są drogie –więc przedsiębiorstwa „tną koszty” i oddaja je do produkcji źle przetestowane. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że e-sąd w Lublinie, który prowadził i prowadzi nadal proste sprawy przez Internet, zachowuje się dość dziwne jak na wymiar sprawiedliwości. Elektroniczne postępowanie upominawcze daje możliwość popełniania przestępstw: wyłudzeń i oszustw.

Dzieje się to w ramach elektronicznego postępowania upominawczego (EPU) stworzonego z myślą o dostawcach np. usług telekomunikacyjnych czy telewizji kablowej, którzy domagają się zapłaty zaległych rachunków. W ciągu ponad dwóch lat (od stycznia 2010 r.) do lubelskiego e-sądu wpłynęło prawie 3 mln spraw.

Chodzi o dochodzenie roszczeń nieistniejących; wielokrotnie tych samych i przedawnionych (nawet sprzed 11 lat). Głos w tej sprawie zabierali już adwokaci. Innymi słowy system informatyczny pomaga oszustom w oszukiwaniu swoich klientów! Co na to Ministerstwo Sprawiedliwości?

Ministerstwo Sprawiedliwości zna problem z e-sądem. Jacek Gołaczyński, wiceminister odpowiedzialny za informatyzację w MS, stwierdził, że trwa dyskusja nad wprowadzeniem nowego systemu informatycznego. Miałby uwzględniać dzisiejsze nadużycia i np. po zgłoszeniu roszczenia sprawdziłby stan faktyczny i odrzucił pozew, gdyby okazało się nieistniejące.

Konsekwencją byłoby też złożenie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Wypowiedź kuriozalna: wprowadza się system, który oszukuje klientów, a więc system, który nie został przetestowany i zamiast ukarać firmę za tego typu fuszerkę, zamawia się dodatkowy system – bogate państwo prawie najbogatsze na świcie.

Czy to jest katastrofa informatyczna? Nie – ale jeżeli takich cacuszek jest więcej to niedługo będziemy ja mieli dokładnie w taki sam sposób jak katastrofa w centrum Warszawy. Nagle i niespodziewanie.

Piotr Piętak

Drukuj E-mail

e-podręczniki czyli wtórny analfabetyzm

542dedc693b52954764541ecaa227480Radosna dla firm – dlaczego o tym poniżej- smutna dla rodziców i dla dzieci nowina: Ośrodek Rozwoju Edukacji (ORE), realizujący w imieniu Ministerstwa Edukacji Narodowej program "E-podręczniki do kształcenia ogólnego", uruchomił ankietę konsultacyjną. Za jej pośrednictwem do końca października br. będzie można wyrazić opinię na temat kształtu e-podręczników tworzonych w ramach projektu "Cyfrowa Szkoła".

Co tym sądzą ludzie nie zarażeni pseudopostepem, którego naczelna dewizą jest zamienienie papieru na komputer? Źle i to wszyscy zainteresowani tematem od lat kilkudziesięciu – np. Umberto Eco czy R.Debray – a nie kilku jak nasi wspaniali urzędnicy i ministrowie zmieniający się z środy na piątek.

Wprowadzenie e-podręczników obniży – i tak katastrofalną – średnią przeczytanych książek przez młodzież w ciągu roku co może doprowadzić do wtórnego analfabetyzmu. Skorzystają na tym tylko firmy, które te książki wyprodukują i w interesie których ta pseudoreforma jest wprowadzana. Do wypełnienia ankiety zaproszone zostały grona pedagogiczne szkół, organizacje nauczycielskie, a także te zrzeszające rodziców dzieci w wieku szkolnym. Ankieta dostępna jest jednak dla każdego, kto chciałby mieć wpływ na ostateczny kształt e-podręczników. Innymi słowy Ministerstwo Edukacji już zadecydowało likwidacje lektury książek i zastąpienie jej para-komputerem. Narodowa katastrofa. (czytaj także - Internet czyli wiedza sprofanowana)

E-podręczniki tworzone są jako kluczowy komponent rządowego programu rozwijania kompetencji uczniów i nauczycieli w zakresie stosowania technologii informacyjno-komunikacyjnych - "Cyfrowa Szkoła". Zgodnie z założeniami tego programu, do 2015 roku powstanie 18 e-podręczników do 14 różnych przedmiotów. Będą one przeznaczone do użytku w szkołach podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych.


Oprócz tego projekt zakłada stworzenie aż 2500 zasobów edukacyjnych, stanowiących uzupełnienie e-podręczników. Powstanie e-podręczników będzie możliwe dzięki środkom Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Na realizację projektu przeznaczono 45 mln zł.

red. mediologia.pl (źródło  - ComputerWorld)

Drukuj E-mail

Polski teatr zmienił współczesną ekonomię

Studenci informatyki z Chin, Francji, Polski. Indii czy Rosji, którzy osiągają dobre wyniki w nauce i maja zmysł do robienia interesów, prędzej czy później są ściągani przez instytuty badawcze w Stanach Zjednoczonych albo sami wyruszają do mitycznej Doliny Krzemowej marząc o założeniu własnej firmy.

Chcą zmierzyć się w warunkach wolnego rynku – w ich krajach rynek jest zdominowany przez państwo czyli nie jest wolny - z innymi marzycielami, wiedząc, że wystartują do rywalizacji na równych warunkach z innymi. Na tym właśnie polega sprawiedliwość. Na wolnej nieskrępowanej biurokratycznymi przepisami konkurencji. I to jest esencja kapitalizmu - systemu, którego Polacy nigdy nie doświadczyli a za którym tak tęsknili.

Z analiz przeprowadzonych ostatnio przez naukowców Singularity University wynika, że imigranci pełnią kluczową rolę wśród założycieli co czwartej (24,3 proc.) zakładanej na terenie Stanów Zjednoczonych firmy technologicznej. W przypadku firm zakładanych w Dolinie Krzemowej odsetek ten wynosi niemal 44 proc. Oznacza to, że niemal co druga nowa firma technologiczna w tym regionie to inwestycja oparta na pomyśle, bądź kierowana przez osoby urodzone poza Stanami Zjednoczonymi.

Cytowani przez agencję Reuters autorzy badania mają nadzieję, że wnioski te będą brane pod uwagę m.in. w kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich oraz deklaracji dotyczących liberalizacji prawa imigracyjnego. Według nich napływ wykształconych kadr ma kluczowe znaczenie dla pozycji Stanów Zjednoczonych na świecie. W Stanach Zjednoczonych mieszka ok. 40 mln osób urodzonych w innym kraju. Odpowiada to ok. 13 proc. populacji USA.

Wniosek: Im więcej emigrantów w kraju, tym jego ekonomia rozwija się szybciej. Jak już wspomnieliśmy prawie połowa startupów technologicznych z Doliny Krzemowej to firmy założone przez imigrantów. Amerykański eksperci nawołują do liberalizacji amerykańskiego prawa imigracyjnego, która mogłaby przyciągnąć jeszcze liczniejszą rzeszę osób gotowych realizować innowacyjne pomysły biznesowe za Oceanem. Tym samym osłabieniu uległaby pozycja innych ośrodków inwestycji w nowe technologii. Nasiliłoby się też zjawisko drenażu mózgów w krajach rozwijających się, także w Polsce.

Mit Indii

Co zrobić, jaka politykę prowadzić by zastopować „drenaż mózgów” i ściagnać inwestycje informatyczn lokowana do naszym kraju? W latach 80 i 90 – tych, międzynarodowe inwestycje informatyczne skierowały się do Indii, gdyż –w.g ugruntowanej na Zachodzie opinii – istniejąca tam od wieków logiczna kultura (oparta na t.z.w „rozłącznych sylogizmach”) miała ułatwić Hindusom doskonałe opanowanie tajników informatyki.

„Oni mają matematyke we krwi” twierdził współzałożyciel firmy Oracle Larry Ellison, „Urodzeni informatycy” – dodawał Bill Gaets. Indyjskie miasto Bangalore stało się jednym z największych centrów produkcji oprogramowania. Indie opanowały także prawie 80% rynku prac zleconych w dziedzinie informatyki (t.z.w offshore).

Czy to prawda ? Czy rzeczywiście w tradycję kultury hinduskiej wpisane są jakieś szczególne mechanizmy ułatwiające „rachowanie” w systemie binarnym ? Szczerze w to wątpię. I wielu podziela mój sceptycyzm. Odpowiedzi należy raczej w naturalnej dla pokolenia hippisów, do którego należą zarówno patron Microsoftu, jak i założyciel firmy Oracle, fascynacji Indiami.

A także w zręcznej polityce marketingowej kilku emigrantów hinduskich robiących karierę w Dolinie Krzemowej. To one wykreowały mit o narodzie logików i informatyków. Mit fałszywy. Cóż z tego, jeśli zaowocował on miliardowymi inwestycjami. Większość potężnych firm informatycznych, na przełomie lat 80 i 90 ub. wieku, przeniosła swoje działy programowania do Indii, wierząc święcie, że zrobią na tym świetny interes.

Kult przodków i tradycji sowicie się Hindusom opłacił. Warto zadać sobie pytanie, czy w tradycji kultury polskiej nie ma takich elementów, które można by wykorzystać dla przyciągnięcia do naszego kraju, międzynarodowego kapitału ? Polska powinna być Indiami Europy. Przypomnę, że odkrycia logiczne twórców szkoły lwowsko-warszawskiej Łukasiewicza, Leśniewskiego, Tarskiego zrewolucjonizowały zasady programowania.

Każdy informatyk na świecie musi poznać t.z.w „wyrażenia polskie” czy t.z.w „zapisy beznawiasowe”. Polska – wykorzystując mądrze swoją intelektualną tradycje (n.p reklama dzieł polskich logików, założenie Instytutu Logiki Informatycznej i.t.d) , która jest w tej chwili jej jedynym kapitałem, powinna z łatwością wygrywać konkurencje na rynku offshore z innymi krajami. Niestety przegrywa. Przegrywa, ponieważ zapomniała o swoim największym skarbie : tradycji inteligencji polskiej.  (czytaj także  - Alfred Tarski...)

Polski teatr - laboratorium wspólczesnej gospodarki

Kapitałem w ekonomi elektronicznej jest wiedza, inteligencja, wyobraźnia, umysłowa dociekliwość i zdolność do samodzielnej inicjatywy. To idee, koncepcje intelektualne i ludzka kreatywność, a nie rzeczy są dzisiaj bogactwem narodów. Międzynarodowy kapitał ''szuka'' takich miejsc na kuli ziemskiej gdzie ''intelektualnego bogactwa'' jest najwięcej i gdzie jest ono najtańsze. Polska tradycja kulturowa współgra idealnie z tendencjami współczesnej ekonomii. Niektórzy analitycy twierdzą, że Polski teatr był swoistym laboratorium współczesnej gospodarki. Dlaczego?

Współczesna ekonomia - twierdzi Jeremy Rifkin - nie jest już gigantyczną fabryką, lecz sceną teatralną na której sztuki reżyserują specjaliści od zarządzania i marketingu. W ekonomii spektaklu produkcja dóbr kultury zmienia całkowicie organizacje przedsiębiorstwa podporządkowując jego codzienną aktywność regułom gry obowiązującym w teatrze.

Dlatego też niektóre wyższe szkoły zarządzania - n.p w Columbie lub Northwestern - wprowadziły do swojego programu nauczania podstawy sztuki dramatycznej. Menadżer XXI wieku musi być dobrym aktorem, bez umiejętności gry, bez umiejętności manipulowania ludźmi przy pomocy głosu, ruchów ciała, bez perfekcyjnego opanowania gestu jako ''nośnika sensu'' nie mógłby on zarządzać dzisiejszym przedsiębiorstwem.

Socjologią ''teatralizacji'' życia zawodowego były prace Ervinga Goffmana, jej metodologią działalność awangardowych teatrów Grotowskiego i Kantora. Na pozór pytania nurtujące obu artystów nie mają nic wspólnego z tendecjami współczesnej - nam nie im - ekonomii : w 1944 Tadeusz Kantor notował ''doprowadzić twór teatralny do tego punktu napięcia, gdzie krok jeden dzieli dramat od życia, aktora od widza -podkr moje'' i po 30 latach tworzenia widowisk w teatrze Criciot 2 w następujący sposób podsumowuje swoją sceniczną filozofie :

''Dramat na scenie musi się nie dziać ale stawać, rosnąć w oczach widzów. Dramat się staje. Musi się stworzyć wrażenie jakoby rozwój wypadków był samorzutny i nieprzewidzialny.''

Dokonując destrukcji teatru jako sztuki obaj wybitni artyści wyczuleni są jednocześnie na jego potęgującą się obecność w życiu. Swoimi przedstawieniam i autokomentarzami Kantor i Grotowski przerzucają pomost pomiędzy epoką kiedy teatr był jeszcze teatrem a życie życiem i naszymi czasami, kiedy najlepszą sztuką - co prawda coraz mniej zrozumiałą - jest codzienna egzystencja. (o fenomenie ewolucji sztuki i jej wpływie na technike - czytaj - Autotematyzm...)

To nie przypadkiem w ich przedstawieniach widzowie stają się aktorami, a scena i widownia są instalowane w szatni, gdzie wszyscy razem odgrywają życio-teatr. Kiedy gramy ? Kiedy jesteśmy - i czy jest to wogle możliwe - autentyczni ? Pytania pisarza W. Gombrowicza stają się obsesją reżysera Jerzego Grotowskiego.

Tworzywem pisarza jest słowo. Tworzywem reżysera człowiek. Jego ciało. Śledząc eksperymenty Grotowskiego przeprowadzane w teatrze Laboratorium i jego kolejne inscenizacje - n.p Książę Niezłomny czy Apocalypsis cum figuris - widzowie stawiali sobie mimo woli następujące pytania : dlaczego gest powitania przypomina często gest pożegnania, czy nasze ciało mogłoby się poruszać inaczej, dlaczego chodzimy na nogach a nie na rękach ?

Poddani intensywnym ćwiczeniom fizycznym aktorzy teatru Laboratorium dochodzą do kresu materialnego sampoznania i cielesnej perfekcji czego najdoskonalszym wyrazem było niewątpliwie przedstawienie Księcia Niezłomnego. Inscenizacja tak czysta i prawdziwa, że jeden z krytyków pytał zdumiony : Czy Cieślak (odtwórca głównej roli) grał czy był Księciem Niezłomnym ?

Doszedłszy do kresu teatru Grotowski, obdarł go po drodze z tajemnicy, rozebrał do naga, udowodnił że jest on rzeczywistością i dlatego właśnie dzisiejsza postmodernistyczna kultura oparta na ekonomi spektaklu powinna go uważać za swego Mojżesza. To samo można powiedzieć o Kantorze, którego artystyczny wysiłek polegał głównie na zacieraniu wszystkich granic istniejących między sceną a życiem. Artur Sandauer podsumowując jego działalność stwierdził :

''Stajemy wobec zjawiska paradoksalnego : teatru, który udaje, że teatrem nie jest, starannie wyreżyserowanego widowiska, które podaje się za próbę, działalności wreszcie reżysera, która chce uchodzić za improwizacje - sztuki słowem, która chce stać się rzeczywistością".

Fachowcy od marketingu rozpoznają w tych zdaniach opis swojego życia zawodowego. Bo czymże innym jest współczesny akt kupna-sprzedaży jak nie ''wyreżyserowanym widowiskiem'', ''teatrem, który udaje, że teatrem nie jest''

? Kantor i Grotowski w trakcie kolejnych aktów destrukcji teatru, sceny, aktora tworzyli jednocześnie teologiczne scenariusze niezbędne do funkcjonowania kulturowego kapitalizmu, byli - zachowując wszystkie proporcje - jego Lutrem i Kalwinem bez których - w.g analiz Maxa Webera - pojawienie się kapitalizmu przemysłowego byłoby praktycznie niemożliwe.

Wpływ wybitnych polskich artystów nie był rzecz jasna porównywalny z historyczną rolą odegraną przez XVI wiecznych teologów, lecz niewątpliwie przyczynili się oni do ukształtowania kultury gospodarczej nowej ekonomi i dlatego - między innymi - są tak wysoko cenieni na Zachodzie. Sztuka Kantora i Grotowskiego jest właśnie tym ''intelektualnym bogactwem'' poszukiwanym przez międzynarodowy kapitał. Czy Polacy zdają sobie z tego sprawę ? Polska logika i polski teatr współkształtowały współczesność, o tym najwybitniejsi znawcy kultury Internetu – np. S. Zieliński w „Archeologii mediów” wiedzą o tym doskonale. My zapomnieliśmy.

Piotr Piętak

Drukuj E-mail

I znowu informatyzacja naszego państwa lezy na łopatkach

275f14a63c88124e8edaef492f30141dJak podaje tygodnik „ComputerWorld” Centralne Repozytorium Informacji Publicznych – jeden z głównych projektów nowego ministerstwa Administracji i Cyfryzacji nie będzie gotowe we wrześniu tego roku.

W 2011 roku rząd przyjął projekt ustawy, na mocy której miał się zmienić tryb dostępu do informacji publicznej i jej ponownego wykorzystywania. Miało powstać centralne repozytorium informacji publicznych, w którym miały się znaleźć informacje o szczególnym znaczeniu dla rozwoju innowacyjności i społeczeństwa informacyjnego. 

"Każda informacja publiczna ma podlegać udostępnieniu i ponownemu wykorzystywaniu na zasadach przejrzystości, niedyskryminacji i niewyłączności. Co do zasady, każdemu będzie przysługiwać też prawo do ponownego wykorzystywania informacji publicznej - bez ograniczeń i bezpłatnie" - wyjaśniał rząd przyjmując projekt ustawy. 

Dzisiaj Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji poinformowało, że z powodu niejasności w sprawie środków proceduralno-prawnych oraz ze względów organizacyjnych i technicznych wprowadzenia Centralnego Repozytorium Informacji Publicznych opóźni się do czasu, gdy zostanie określone jego usytuowania w systemie informacji publicznej. 

"Nie oznacza to oczywiście, że informacje, które miały się znaleźć w Repozytorium, nie są dziś dostępne publicznie. MAC prowadzi prace nad uruchomieniem CRIP, zabezpieczając jednocześnie środki na uruchomienie repozytorium i na uruchomienie procedur kooperacji podmiotów (opracowanie standardów, zidentyfikowanie źródeł docelowych), które będą udostępniać dane poprzez repozytorium oraz na poszerzenie bazy dostępu".

I znowu informatyzacja naszego państwa lezy na łopatkach.

red. mediologia.pl

 

Drukuj E-mail

Rząd - oni tak bardzo lubia bezrobotnych, że produkuja ich masowo

wykhistinfJeżeli nie dokonamy jak najszybciej reformy nauczania informatyki w liceach to o ludziach odpowiedzialnych za system edukacyjny w Polsce będzie można powiedzieć to samo co o socjalistach z lat 80-tych : oni tak bardzo lubią bezrobotnych, że produkują ich masowo
W 2002 PWN – powtórne wydanie w 2010 - wydał podręcznik do przedmiotu – technologia informacyjna – przeznaczony dla uczniów liceów ogólnokształcących.

Podręcznik ‘’Technologia Informacyjna’’ jest znakomity, obiema rękoma podpisuje się pod stwierdzeniami reklamującymi książkę : ‘’prosty, przystępny język, i.t.d ’’ tylko jego tytuł powinien brzmieć ‘’Technologia Informacyjna Windowsa’’. Przyznają to zresztą sami autorzy pisząc na str. 11 ‘’W podręczniku, omawiając konkretne bloki tematyczne, wykorzystano głównie platformę systemową Windows’’.

Znajduje się w nim także krótki 10-stronicowy rozdział poświęcony Linuxowi, na którego poznanie autorzy proponują poświęcić 3 godziny dodając :’’…poznanie systemu Linux jest bez wątpienia pożyteczne, jednak nie ma kluczowego znaczenia dla osiągnięcia celów zawartych w podstawie programowej przedmiotu technologia informacyjna’’. Dlaczego ? Dlatego że system Linux umożliwia zrozumienie działania narzędzi informatycznych, natomiast celem przedmiotu technologia informacyjna jest nauka ich obsługiwania . Czy jest jednak możliwe w informatyce automatyczne oddzielenie wiedzy od umiejętności ?


Przytoczę dwie definicje Internetu: pierwsza jest umieszczona w podręczniku na str 79 : cytuje ‘’ …Ważne, żebyś rozumiał, że istotą Internetu stanowi infrastruktura sieciowa, /../ oraz zbiór zasad normujących jego działanie’’ i porównajmy ją z określeniem Internetu jakie znajdujemy w książce S. Lema p.t ‘’Tajemnica chińskiego pokoju’’ : ‘’Dopiero niedawno dowiedziałem się, że zaczątek Internetu jako sieci komputerowej bezośrodkowej, czyli takim sposobem rozgałęzionej, że nie posiada ona żadnego centrum wymyślili fachowcy Pentagonu..’’

. Wybitny pisarz w krótkim zdaniu, przedstawił podstawową zasadę funkcjonowania cyberprzestrzeni. Natomiast z definicji umieszczonej w podręczniku informatyki nie dowiadujemy się w nic, bo cóż to znaczy, że ‘’istotą Internetu stanowi infrastruktura sieciowa’’, określenie to, przypomina sławne marksistowskie ‘’istota człowieka to całokształt stosunków społecznych’’ i dziwić się należy, że autorzy konstruują definicje używając pojęć i metod z epoki zdawałoby się dawno minionej i zapomnianej.

Przytoczone przykłady – a tak naprawdę cała metodologia, na której oparty jest podręcznik - stawiają na ostrzu noża podstawowy problem związany z nauczaniem informatyki : czy możliwe jest skuteczne obsługiwanie narzędzi informatycznych bez jednoczesnego zrozumienia mechanizmów ich działania ? Czy w XXI wieku dychotomiczne rozdzielenie wiedzy i umiejętności nie jest sprzeczne z zasadami regulującymi dużą część rynku pracy ? Na czym rzeczywiście polega praca w społeczeństwie informacyjnym ?
Elektroniczna ekonomia polega na umiejętnym wyszukiwaniu danych potrzebnych przedsiębiorstwu i na ich jak najszybszym przetworzeniu, organizowaniu i uporządkowaniu.

Jaki typ pracownika jest do tego typu zajęć potrzebny ? Hammer w swojej książce „Reinżyneria i jej następstwa” opisując rolę pracowników w nowoczesnych przedsiębiorstwach wskazuje na fakt, że pracownik ze zwykłego wyrobnika staje się profesjonalistą. Pisze on :

„W organizacji skoncentrowanej na procesach samokierujący się pracownicy są odpowiedzialni zarówno za wykonanie pracy, jak i za zapewnienie, że jest ona zrobiona dobrze. Nie ma już wielkiej różnicy pomiędzy „robieniem” a „zarządzaniem” . Zarządzanie nie jest już tajemną i niedostępną umiejętnością zarezerwowaną dla obcej i uprzywilowanej elity. Ono staje się częścią zajęcia każdego /…/ profesjonalista nie pracuje zgodnie z wyraźnie określonymi instrukcjami. Skierowany na cel i mający szerokie horyzonty profesjonalista musi być „rozwiązywaczem problemów‘’ (ang. Problem solver), zdolnym do radzenia sobie z nieprzewidzianymi i niezwykłymi sytuacjami bez biegania do kierownictwa po wskazówki. /…/.Prawdziwy profesjonalista jest zaangażowany w bezustanne badanie, w niekończące się poszukiwanie wglądu i zrozumienie swej praktyki. „.

(O tym problemie pisalismy także tutaj)
Przede wszystkim musi on być wykształcony i – co istotniejsze – musi być zdolny do podejmowania samodzielnych inicjatyw i decyzji. Istnienie małych i dużych przedsiębiorstw zależy – o wiele bardziej niż w przeszłości – od stopnia autonomii ich personelu. Znikają hierarchiczne struktury, upowszechnia się coraz bardziej horyzontalny typ relacji organizacyjnych, w których zakres odpowiedzialności każdego pracownika wzrasta niepomiernie w porównaniu z zasadami pracy obowiązującymi w przedsiębiorstwie XX w.

W tych warunkach wartość pracownika nie jest wyznaczona tylko przez studia wyższe, lecz także przez typ otrzymanej w szkole edukacji. W elektronicznej ekonomi pracownik musi umieć przystosować się do ciągle zmieniającego się kontekstu ekonomicznego i technologicznego, co wymaga stałego podnoszenia kwalifikacji. Warunkiem skutecznej pracy jest szybkość z jaką analizuje się i apsorbuję zmianę, ponieważ zmiana jest cechą charakterystyczną naszej cywilizacji.

Paradoksalnie, doskonała znajomość i ciągłe używanie tylko jednego systemu operacyjnego utrudnia – a czasami wręcz uniemożliwia – naukę innych opartych na odmiennych zasadach oprogramowań. Ekonomiści nazywają to zjawisko blokadą innowacyjną. .Dlatego pluralizm metodologiczny w nauczaniu informatyki jest konieczny właśnie z punktu widzenia praw rządzących ekonomią elektroniczną ,Szkoła powinna uczyć uczenia się.

Ciągła nauka – to jest aksjomat XXI wieku - stała się częścią naszego życia zawodowego i codziennego. W opinii ekonomistów to system edukacyjny decyduje o miejscu zapóźnionych cywilizacyjnie społeczeństw – takich jak Polska – w światowym podziale pracy. Czy jest jednak możliwe – biorąc pod uwagę ilość godzin przeznaczoną na naukę informatyki w szkole – zaznajomienie uczniów z dwoma systemami operacyjnymi , co oprócz ewidentnie korzystnej dla pedagogiki wykładu różnorodności metodologicznej, umożliwiłoby również praktyczne zrozumienie przez młodzież zasady konkurencji na której oparta jest współczesna ekonomia ?

Byłby to niewątpliwie eksperyment, ale nauczanie informatyki jest ciągłym eksperymentem. Konkurencja informatyczna – gdyż używając różnych systemów uczniowie porównują je i oceniają – w szkole jest ważna także z innego powodu : gwarantowałaby niezależność programów szkolnych od strategii marketingowej przedsiębiorstw produkujących oprogramowania oparte na prawie własności.

Powszechnie wiadomo, że przedsiębiorstwa te traktują systemy edukacyjne jako doskonałe narzędzia do zaznajamiania i – co gorsza – do przyzwyczajania uczniów do używania w przyszłości swoich produktów. Jeżeli uważamy, że celem nauki informatyki w szkole nie jest wychowywanie konsumentów używających automatycznie – czyli bezmyślnie – oprogramowań potężnych firm takich jak Microsoft, lecz kształcenie podstaw metodologicznych informatyki i nabywania umiejętności obsługiwania narzędzi informatycznych zbudowanych według różnorodnych zasad to wniosek wydaje się być oczywisty.

Dlaczego w takim razie autorzy podręcznika ‘’Technologia Informacyjna’’ prezentują tylko narzędzia informatyczne firmy Microsoft ? Odpowiedź – jaką można zrekonstruować na podstawie lektury książki jest następująca : system Windows jest powszechnie używany , łatwy do nauczenia i jego znajomość jest podstawowym warunkiem znalezienia pracy. Argumentacja ta oparta jest jednak na fałszywych przesłankach. Przeanalizujmy je po kolei.

1.Autorzy podręcznika podkreślają, że system Windows jest powszechnie używany, ponieważ według zgodnej opinii jego użytkowników jest on łatwy do nauczenia. Otóż w rozumowaniu tym przesłanka z konkluzją powinny zamienić się miejscami (jest on uważany za łatwy ponieważ jest powszechnie używany). Aby stwierdzić, że coś jest łatwiejsze czy trudniejsze musimy dysponować jakąkolwieg skalą porównawczą. W wypadku systemów operacyjnych skala taka – z przyczyn historycznych - nie istnieje.

2. Autorzy są zwolennikami stanowiska, które można przedstawić w sposób następujący : co istnieje teraz, będzie także trwało w przyszłości. Otóż jest to założenie – jeżeli weźmie się pod uwagę historie rozwoju technologii informatycznych - fałszywe. W latach 70-80 supremacja IBM, była przygniatająca, jednak kierownictwo firmy zlekceważyło pojawienie się na rynku komputera domowego i przegrało konkurencje z Microsoft. Dzisiaj role się odwróciły. IBM wykorzystuje system Linux do budowania nowych narzędzi informatycznych mogących zagrozić monopolowi Microsoft.

3. Podręcznik ‘’Technologia Informacyjna’’ prezentuje wyłącznie narzędzia informatyczne firmy Microsoft, ponieważ dobra – w.g jego autorów - ich znajomość ułatwi absolwentom szkół znalezienie pracy. Błąd, za który zapłaci całe polskie społeczeństwo. Za kilka lat, albo pracodawca będzie zmuszony wydać pieniądze na przekwalifikowanie pracowników, albo pracobiorca będzie sam musiał nauczyć się innych wymaganych na rynku pracy narzędzi informatycznych. Jednokierunkowość w nauczaniu informatyki jest formą dodatkowego opodatkowania społeczeństwa przez państwo.

Piotr Piętak

Drukuj E-mail