Mechanizmy korupcyjne w informatyzacji - 2005 -2007

Przypomnę w tym artykule fakty, o których wszyscy interesujący się polityka polska, wiedzą i – z niewiadomych dla mnie powodów – nikt o tym nie pisze. W 2002 r w skład Komitetu Politycznego PiS, naczelnej władzy partii, wchodzą m.in. Wiesław Walendziak i Kazimierz Marcinkiewicz. W powszechnej opinii tworzą oni – szczególnie ten pierwszy, który przerasta intelektualnie i politycznie przyszłego premiera o całe niebo - frakcje liberalna w PiS.

Ich światopogląd – widać to wyraźnie w artykułach Wiesława Walendziaka – nie odbiega od sztampowych opinii królujących w III Rzeczpospolitej. Zainteresowania założycieli i przywódców PiS (Kaczyńscy, Dorn) przebudową – a raczej odbudową państwa, zmianami ustrojowymi są im raczej obojętne. W 2004 r. Wiesław Walendziak rezygnuje z kariery politycznej i występuje – w okolicznościach dla mnie nie do końca jasnych – z PiS. Mniej więcej w tym samym czasie KP PiS powołuje do życia Grupę Roboczą ds. informatyzacji, której celem jest sformułowanie przebudowy państwa w taki sposób by – w tej dziedzinie – ograniczyć monopol Prokomu.

W 2005 r. Wiesław Walendziak zostaje wiceprezesem Prokom Investments i jednym z najbliższych współpracowników Krauzego. W kilka miesięcy później jego kolega – a raczej (choć wiem, że na to określenie wielu ludzi się oburzy) intelektualny i polityczny uczeń zostaje, po wygranych przez PiS wyborach, premierem mniejszościowego rządu. Sytuacja zaiste dramatyczna (a może schizofreniczna ?). PiS wygrywa wybory, premierem natomiast zostaje ktoś kto potencjalnie (podkreślam to słowo) może być pod wpływem człowieka, który dla przywódców zwycięskiej partii jest uosobieniem ich największego przeciwnika – poskomunistycznej oligarchii.

Stąd ciągłe napięcia na linii premier – prezes PiS. Stąd podejrzliwość więcej nieufność J. Kaczyńskiego – krytykowana przez prasę a wg. mnie całkowicie uzasadniona – wobec decyzji podejmowanych przez premiera Marcinkiewicza. Istniała jeszcze jedna – zasygnalizowana już przez mnie – różnica między założycielami PiS a premierem Marcinkiewiczem i jego otoczeniem.

Dla J. Kaczyńskiego podstawowymi zadaniami rządu powinno być podjęcie takiej przebudowy państwa, która ograniczyłaby władze oligarchii i podporządkowała funkcjonowanie instytucji państwowych interesowi publicznemu a nie interesom firm prywatnych. Otóż – a pisze to na podstawie wielu rozmów – ta perspektywa była w.g ludzi powiązanych z premierem Marcinkiewiczem z góry skazana na klęskę. Po co marnować zasoby ludzkie , pieniądze na cos całkowicie utopijnego ? Funkcjonowanie w rządzie mniejszościowy przekonywało ich codziennie, ze Państwo Polskie jest słabe, że tak naprawdę to firmy prywatne – w szczególności w dziedzinie informatyzacji administracji publicznej – określają jego kształt.

Czy wpływ Prokomu na życie gospodarcze a nawet polityczne skończył się wraz z powołaniem rządu premiera Kaczyńskiego ? Na wiosnę 2006 r. w eksperckim otoczeniu premiera Kaczyńskiego zaczęto mówić o konieczności powołania Ministerstwa Informatyzacji i Łączności. Ten sam postulat zgłosiła w specjalnym liście PIIT (której wiceprezesem był K. Król – rzecznik prasowy Prokomu), cytuje :

„Przeniesienie informatyzacji do nowego resortu powinno przyspieszyć realizację dużych projektów rządowych. W tym roku miało ich ruszyć aż 16, a do tej pory wystartowały tylko dwa. Uwagę na to w liście skierowanym do premiera kilka dni zwróciła Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji. Skupieni w niej przedsiębiorcy domagali się powołania resortu łączności.”

Powołanie takiego ministerstwa było – moim zdaniem – politycznym samobójstwem bowiem utrwaliłoby najpoważniejszą chorobę polskiego państwa jaką jest jego „resortowość”. Po 1989 roku gdy aparat partyjny przestał funkcjonować w administracji publicznej, działania rządu ujawniły ze zdwojoną siłą swa resortowa naturę. Do dzisiaj znaczna część kadr administracyjnych umie funkcjonować tylko w syndromie „resortowym”. Nieumiejętność myślenia w kategoriach relacyjnych (poziomych) jest cechą charakterystyczną kultury urzędniczej (szczególnie centralnej) w Polsce.

Przy czym wszelki rozwiązania antyresortowe napotkają potężny opór ze strony gremiów centralnej biurokracji rządowej, wśród kierowników branżowych instytucji i jednostek organizacyjnych pragnących pozostać w układach resortowych. Te lobby resortowe ujawniło się podczas reformy administracyjnej – w zamyśle właśnie antyresortowej - przeprowadzonej za rządów premiera Buzka. Reasumując można postawić hipotezę, że cechą systemową III Rzeczpospolitej jest syndrom organizacji resortowej oparty zarówno na interesach jak i kulturze centralnej kadry urzędniczej.

Potężne ministerstwa w trakcie realizacji projektów informatycznych nie potrafią ( a także nie umieją) wymieniać informacji między sobą i nie są w stanie wspólnie pracować. Urzędnicy szczebla centralnego rozumują tylko w kategoriach pionowego przepływu informacji co jest całkowicie sprzeczne z rozwojem społeczeństwa informacyjnego opartego o porozumienia sieciowe (poziome). Skutek pierwszy : każde ministerstwo robi swój własny system informatyczny co podwaja koszty informatyzacji administracji publicznej.

Powołanie nowego ministerstwa pogłębiłoby jeszcze bardziej dezintegracje państwa polskiego i uniemożliwiłoby jakąkolwiek reforme administracji publicznej polegającej na jej uniezależnieniu od interesów firm prywatnych, które w Polsce „resortowej” czują się jak ryba w wodzie, bowiem mogą sprzedawać te same informacje i systemy różnym ministerstwom, mogą doprowadzając n.p do swoistego informatycznego monopolu w jakimś dziale administracji kompletnie zniewolić państwo (przykład informatyzacji ZUS-u, który jest całkowicie uzależniony od jednej firmy jest najbardziej znany).

Krótko: powołanie ministerstwa informatyzacji zgodne jest z interesami największych firm prywatnych i sprzeczne z interesem państwa polskiego. Powołanie tego ministerstwa było także sprzeczne z oficjalnym programem PiS-u. Według tego programu remedium na dramatyczną dezintegracje informacyjną państwa jest powołanie międzyresortowego urzędu ds. informatyzacji administracji publicznej. Urząd ten miałby głos decyzyjny, co oznacza, że żadne ministerstwo nie mogłoby rozpocząć projektu informatycznego bez jego akceptacji. Urząd byłby podporządkowany bezpośrednio premierowi. Rząd – o czym pragne przypomnieć – przystąpił już do realizacji tej reformy. W pierwszej fazie nastąpiło powołanie Komitetu Stałego Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Łączności, który przygotuje plan powołanie ponadresortowego Urzędu ds. informatyzacji i łączności.

 

Piotr Piętak

 

 

Drukuj E-mail