Państwo sieciowe czy resortowe ?

Do tego worka jakim jest nowe Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji wrzucono dział administracja publiczna, dział łączność, czyli poczta i telekomunikacja, dział informatyzacja oraz dział wyznania religijne, mniejszości narodowe i etniczne. Ministrowi Michałowi Boniemu będzie też podlegać urząd Głównego Geodety Kraju i Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Czytając dwa poprzednie zdania normalny obywatel nic z tego nie rozumie : po co do ministerstwa odpowiedzialnego za informatyzacje i cyfryzację wepchnięto wyznania religijne i mniejszości narodowe ?

Dlaczego natomiast do ministerstwa, z definicji zajmującego się koordynacją systemów informatycznych nie przeniesiono z MSW rejestru PESEL, którego numer umożliwia właśnie minimalną wymianę informacji między tymi systemami ? Bez systemu informatycznego PESEL Ministerstwo Cyfryzacji i Administracji – co wie każdy znający minimalnie funkcjonowanie naszej administracji – nie może zapewnić koordynacji systemów informatycznych w naszym kraju. Czy reformę zaplanowali amatorzy nic nie wiedzący o systemie prawno-organizacyjnym panującym III Rzeczpospolitej ?

Otóż aby wyjaśnić powołanie tego ministerstwa w aktualnym kształcie prawnym trzeba zadać odwieczne pytanie : komu tego typu Ministerstwo i bałagan będzie służyło ? W ciągu pół wieku panowania w Polsce socjalizmu wykształcił się w naszym kraju azjatycki model relacji pomiędzy władza a obywatelem . Model ten – w sferze informacyjnej - polega przede wszystkim na tym, że państwo rezerwuje sobie wyłączne prawo do decyzji o gromadzeniu, przechowywaniu i udostępnianiu informacji, natomiast obywatele mają obowiązek dostarczania informacji organom państwa i co więcej obowiązek odbierania informacji emitowanych przez te organy.

W modelu azjatyckim to państwo ma wyłączne prawo do informacji, a obywatel czy prywatny przedsiębiorca mają obowiązki informacyjne wobec państwa. Jeżeli z tych obowiązków obywatel się nie wywiązuje to państwo go karze. Przykładem typowym jest nadal obowiązująca w polskim prawie zasada, że za błędy organów skarbowych odpowiada podatnik, a za ubezpieczenie społeczne do ZUS odpowiada nie ZUS, ale ubezpieczony.

Ten stan prawny można śmiało nazwać niewolą informacyjną. W modelu azjatyckim na obywatelach ciąży obowiązek przekazywania i udostępniania informacji organom państwa. Co więcej koszty realizacji tego obowiązku obciążają obywateli, to na nich spoczywa obowiązek gromadzenia i przechowywania danych i to oni ponoszą odpowiedzialność za nienależyte wywiązywanie się z tych obowiązków. W modelu azjatyckim informatyka staje się narzędziem terroryzowania obywateli i przedsiębiorców przez aparat państwa.

Firmy informatyczne ochoczo biorą udział w tym procederze. Za takie systemy administracja chętnie i szczodrze płaci firmom olbrzymie pieniądze z naszych podatków. Dlatego w sektorze publicznym w krajach o modelu azjatyckim – takim jak Polska – mamy tyle znakomitych technologicznie, ale wyjątkowo nieefektywnych funkcjonalnie, wielkich systemów informatycznych. Paradoksalnie – i właśnie na tym polega głęboka patologia systemu informatycznego administracji publicznej w Polsce – azjatycki model informatyzacji państwa umocniły i umacniają nadal wielkie firmy informatyczne.

Po 1989 r. wylansowane hasło liberalizmu streszczające się w sloganie im mniej państwa tym lepiej zostało zaaplikowane do gwałtownej i szybkiej informatyzacji administracji publicznej, która odbywała się w warunkach całkowitej wolności "gospodarczej". Sektor prywatny wywierał skutecznie presje na eliminacje funkcji nadzorczych demokratycznego państwa prawa nad jego infrastruktura informacyjną, która - z uwagi na niekomercyjny charakter - była domeną władz publicznych. Z chwila pojawienia się wielkiego popytu na informatyzacje (czyli automatyczne przetwarzanie informacji), tym segmentem dóbr publicznych zainteresowały się firmy informatyczne podporządkowując proces informatyzacji swoim interesom. Teoria "liberalizmu" usprawiedliwiła i sankcjonowała faktyczną kolonizacje informacyjną państwa przez sektor prywatny. Innymi słowy dobro publiczne jakim jest informacja podporządkowano interesom prywatnym.

W ten sposób, na poziomie informatycznej struktury państwa, doszło do symbiozy azjatycko-sowieckiego modelu przepływu informacji w administracji publicznej z skrajnie liberalnym dogmatem firm domagających się – skutecznie – aby władze zrezygnowały z funkcji nadzorczych sprawowanych dotychczas przez nią nad infrastruktura informacyjną państwa. Państwo Polskie zostało zawłaszczone przez firmy prywatne, dla których im więcej bałaganu informacyjnego i prawnego tym lepiej, ponieważ w takim wypadku powstać musi więcej systemów informatycznych.

Jeżeli mamy – zamiast jednej – kilka definicji gospodarstwa rolnego, to w państwie musi powstać kilka systemów informatycznych a nie jeden. Zilustrujmy powyższe tezy symbiozy liberalizmu i komunizmu na przykładzie projektu tzw. e-zwolnień lekarskich, które prasa codzienna i specjalistyczna omówiła kilka dni temu i zastanówmy się na czym w tym przypadku miałaby polegać rola ministra Boni ?

Do przyszłego roku 2012 miał powstać system informatyczny do obsługi zwolnień lekarskich. Dzięki systemowi zmniejszyłaby się liczba absencji – marzenia właścicieli firm -, za którą płacą pracodawcy i zakład ubezpieczeń. Podczas wizyty pacjenta lekarz wypełniałby elektroniczny formularz, który za pośrednictwem sieci natychmiast trafiałby do ZUS. Ten zaś od razu mógłby skontrolować, czy pracownik na zwolnieniu naprawdę choruje. Według statystyk – czyli naszych biurokratów - Polacy są najbardziej chorowitym europejskim narodem.

Aktualnie ZUS wprawdzie sprawdza prawidłowość wykorzystania zwolnienia, ale ma ograniczone możliwości. Zanim wystawione na kilka dni zwolnienie trafi do ZUS, pacjent zdąży wrócić do pracy. Na dostarczenie druku L4 ma bowiem siedem dni. Może go nawet siódmego dnia wysłać listem poleconym. Nie ma więc możliwości sprawdzenia, czy zamiast przez tydzień leżeć w łóżku, nie dorabia w innej firmie lub nie korzysta z dodatkowych wakacji. 75,5 mln zł nie wypłacono ubezpieczonym na fikcyjnych zwolnieniach po kontroli w pierwszej połowie roku.

Mimo ograniczeń ZUS tylko w pierwszym półroczu tego roku wstrzymał bądź zawiesił wypłatę świadczeń chorobowych na blisko 75,5 mln zł. Gdyby wdrożony został system e-zwolnień, oszczędności byłyby jeszcze większe. Jednak – jak podała prasa - system e-zwolnień lekarskich nie powstanie w przyszłym roku. W przypadku projektu e-zwolnień od początku wszystko było postawione na głowie, bowiem aby ten system działał wszyscy lekarze uprawieni do wydawania takich zwolnień musza być wyposażeni w komputery ! Otóż jak podaje wiceprezes Naczelnej Izby Lekarskiej większość gabinetów lekarskich wciąż nie ma komputerów.

To po co ten system wprowadzano, czy przed podjęciem nad nim prac ministerstwo pracy i opieki społecznej nie dysponowało statystykami dotyczącymi wyposażenia gabinetów lekarskich w komputery ? Aż się wierzyć nie chce, że podjęto decyzję o budowie systemu e-zwolnień bez przeprowadzenia ankiety wśród lekarzy. Powyższe uwagi nie maja nic wspólnego z koordynacją, lecz z zjawiskiem zgoła innym a mianowicie informatyzuje się u nas niedobre niefunkcjonalne prawo absurdalne rozporządzenia, ponieważ tego typu irracjonalna informatyzacja nabija kabzę firmom informatycznym.

Czy min. Boni będzie miał odwagę, przeciwstawić się interesom tych firm i wprowadzić elementarne zasady metodologii projektu informatycznego polegające na zbadaniu potrzeb końcowego użytkownika w tym przypadku lekarzy ? Jeżeli większość lekarzy nie ma komputerów to system e-zwolnień przypomina dom, którego budowę zaczęto od dachu. Idźmy dalej : jednym z największych – choć niedocenionych - osiągnięć rządów rządu PiS było powołanie Urzędu Komunikacji Elektronicznej jako instytucji centralnej nadzorowanej przez ministra infrastruktury podległej jednak bezpośrednio premierowi.

W 2006 roku prezesem UKE została Anna Streżyńska, której głównym celem było obniżenie kosztów połączeń telefonicznych narzucanych arbitralnie przez TPSA, firmę dodajmy kontrolowana przez kapitał francuski a faktycznie przez państwo francuskie. Prezes Anna Streżyńska odniosła spektakularne sukcesy koszt połączeń telefonicznych zmniejszył się za jej kadencji radykalnie.

Wniosek jest ewidentny UKE jako jedna z niewielu instytucji działała w interesie publicznym czyli broniła skutecznie interesu konsumenta przed monopolistycznymi zapędami TPSA. Było to możliwe tylko dlatego, że na jego czele stał wybitny fachowiec od informatyki i prawa informatycznego, który przez lata zajmował się ta niezwykle skomplikowaną dziedziną.

Było to możliwe także dlatego, że prezes UKE był instytucją w praktyce niezależną od ministra infrastruktury, podlegał bezpośrednio premierowi. Otóż rozporządzenie premiera Tuska z 18 listopada 2011 powołujące do życia Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zawiera informacje, że od tej pory UKE podlega ministrowi Boni, który w przeciwieństwie do ministra infrastruktury ma wiele narzędzi do ograniczenia niezależności prezesa UKE – prawo telekomunikacyjne, ustawa o informatyzacji administracji publicznej, ogólne założenia funkcjonowania Ministerstwa Cyfryzacji.

Powstanie tego ministerstwa, prawdziwego „państwa w państwie” powinno skłonić nas do rozpoczęcia dyskusji na temat koncepcji „państwa sieciowego”, które jest zaprzeczeniem „państwa resortowego” i którego zasady wprowadzane są – z trudem - na całym świecie. Mimo magicznych zaklęć o koordynacji Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji kontynuuje tradycje państwa resortowego, bowiem z definicji i na mocy Konstytucji ministerstwo nie może wtrącać sie do prac innych ministerstw. Warto rozpocząć znów dyskusję o funkcjonowaniu państwa w erze informatyzacji, warto przypomnieć, że to z inicjatywy PiS uchwalono w 2005 r. ustawę . o informatyzacji administracji publicznej, która była rozpoczęciem budowy fundamentów „państwa sieciowego”.

 

Piotr Piętak

Drukuj E-mail