Ministerstwo Cyfryzacji czyli bałagan

Powstaje Ministerstwo Cyfryzacji na czele którego stanie Michał Boni uznawany za czołowego technokratę rządu premiera Tuska. Powołanie ministerstwa nie było poprzedzone żadną dyskusją publiczną, chociaż jest to zmiana zasadnicza z punktu widzenia struktury rządu oraz absorpcji środków unijnych przeznaczonych na informatyzację. I tu od razu pojawia się pierwszy problem natury lingwistycznej, który może jednak mieć głębokie reperkusje w funkcjonowaniu rządu i całej administracji państwowej. Jaka jest bowiem zależność między pojęciem „cyfryzacji” i „informatyzacji” ?

Nie jest to problem teoretyczny bowiem od ścisłych definicji tych słów w kontekście właśnie funkcjonowania rządu będzie zależało czy Ministerstwo Cyfryzacji usprawni informatyzację kraju czy wręcz przeciwnie jego powołanie spowoduje jeszcze większy bałagan. Z tego co przeniknęło do opinii publicznej, wiemy, że nowe ministerstwo będzie skupiało działy telekomunikacja, poczta i informatyzacja, ale szeroko pojęta cyfryzacja jest w rozumieniu premiera zadaniem nowym dla tego ministerstwa. Wynika z tego, że pojecie „cyfryzacji” – w sensie nadanym mu przez aktualny rząd – jest pojęciem zawierającym w sobie pojęcie „informatyzacji”.

Pojęcie „cyfryzacji” jednak kojarzy się opinii publicznej głównie z cyfryzacją telewizji, którą zajmuje się Urząd Komunikacji Elektronicznej. Kto w aktualnym rządzie będzie teraz odpowiadał za cyfryzacje TV – ministerstwo czy UKE ? Biorąc pod uwagę wypowiedzi premiera Tuska, że nowy minister dokona przeglądu planów projektów teleinformatycznych w całej administracji rządowej oraz zaproponuje ich racjonalizację zarówno pod względem technicznym i organizacyjnym, jak i pod kątem wydatków, możemy się spodziewać pierwszych sporów kompetencyjnych na linii UKE – Ministerstwo Cyfryzacji.

Nazwa ministerstwa jest – jak zauważył już publicysta ComputerWorld - atrakcyjna, jednak przebudowa funkcjonowania centrum decyzyjnego jakim jest rząd nie może opierać się na lingwistycznym pijarze. Druga uwaga jest być może jeszcze istotniejsza ; jak wiadomo w 2006 roku powołano do życia Komitet Stały Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Telekomunikacji, którego główna funkcja polega na koordynacji projektów teleinformatycznych.  A jaka jest rola Ministerstwa Cyfryzacji ? Cytuje słowa premiera D. Tuska : „Dzięki temu jeden podmiot może koordynować zadania z zakresu informatyzacji, sieci teleinformatycznych oraz e-gospodarki.”. Będziemy mieli dwóch koordynatorów : Ministerstwo Cyfryzacji i Komitet Stały ds. informatyzacji, a każdy kto liznął naukę zwaną teorią organizacji lub prakseologię naukę stworzona przez T. Kotarbińskiego, wie ,że tam gdzie jest dwóch kierowników to bałagan i opóźnienia w podejmowaniu decyzji wzrastają w postępie geometrycznym.

Kto kogo będzie koordynował ministerstwo komitet czy komitet ministerstwo ? To nie jest bynajmniej żart, tylko pytanie kogoś kto tymi sprawami – powołaniem Komitetu ds. informatyzacji – zajmował się teoretycznie i praktycznie kilka lat. Powołanie Ministerstwa Cyfryzacji skomplikuje jeszcze bardziej proces uzgadniania decyzji, a co za tym idzie utrudni wydawanie pieniędzy z UE przeznaczonych na informatyzację kraju.

Załóżmy jednak, że rząd dojdzie do wniosku – ewidentnego - , że dwóch koordynatorów to rzeczywiście sytuacja niezdrowa i zlikwiduje Komitet Stały ds. Informatyzacji, wtedy znajdziemy się znów w latach 90- tych XX wieku, kiedy żadne powiązania poziome pomiędzy ministerstwami nie istniały i kiedy narodziło się zjawisko zwane „syndromem resortowości”, polegające na drastycznej przewadze resortowych (pionowych) mechanizmów zarządzania i niezdolnośći do uruchamiania mechanizmów koordynujących, ograniczających suwerenność poszczególnych ministerstw.

Do dzisiaj znaczna część kadr administracyjnych umie funkcjonować tylko w syndromie „resortowym”. Nieumiejętność – lub raczej systemowa niemożność - myślenia w kategoriach relacyjnych (poziomych) jest cechą charakterystyczną kultury urzędniczej (szczególnie  centralnej) w Polsce. Musimy także pamiętać, ze wszelki rozwiązania antyresortowe napotkają potężny opór ze strony gremiów centralnej biurokracji rządowej, wśród kierowników branżowych instytucji i jednostek organizacyjnych pragnących pozostać w układach resortowych. Te lobby resortowe ujawniło się podczas reformy administracyjnej – w zamyśle właśnie antyresortowej -  przeprowadzonej za rządów premiera Buzka.

Np. środowiska związków zawodowych próbowały odzyskać kontrolę nad wojewódzkimi funduszami pracy i powiatowymi urzędami pracy. Lobbystom udało się wyrwać Ochotnicze Hufce Pracy spod kontroli samorządu wojewódzkiego i oddać je na powrót pod nadzór Ministerstwa Pracy. Jakie są konsekwencje tego swoistego syndromu resortowości ? Kilkanaście miesięcy , w trakcie kolejnej polemiki o KRUS, premier Tusk stwierdził – nie zdając sobie sprawy, ze jego słowa definiują jedna z głównych patalogi III Rzeczpospolitej - , że „należałoby najpierw zdefiniować czym jest gospodarstwo rolne”.

Zgadzam się z premierem, jednak wypada zauważyć, że istnieje wiele definicji pojęcia gospodarstwa rolnego : nieco inne są jego definicje w statystyce, w różnych rejestrach systemu  IACS, systemie podatku rolnego, KRUS, co powoduje że wymiana informacji pomiędzy nimi jest niemożliwa. Definicja gospodarstwa rolnego nie jest problemem intelektualnym, lecz politycznym, bowiem za każda definicja stoją interesy poszczególnych resortowych biurokracji, Ministerstwa Finansów, Rolnictwa, GUS-u.

Inną konsekwencją syndromu resortowości jest nadmiar identyfikatorów informacyjnych takich jak PESEL, NiP, REGON, identyfikator ZUS-u itd. Polska jest krajem o największej liczbie identyfikatorów w Europie i co ważniejsze każda reforma, która próbuje ten stan rzeczy zmienić jest zwalczana wspólnymi siłami firm i biurokratów. Ministerstwo Cyfryzacji z definicji nie może pełnić roli koordynatora, który ma prawo wtrącać się w prace innych ministerstw. Tego zabrania mu Konstytucja.

Dlatego też jego powstanie wzmocni istniejący bałagan, przyczyni się do odrodzenia „syndromu resortowości” a dodatkowo proces tzw. uzgodnień międzyresortowych wydłuży się niepomiernie (dwóch koordynatorów !) co utrudni wydawanie pieniędzy unijnych. Dlatego zamiast Ministerstwa Cyfryzacji – brzmi zaiste pięknie i nowocześnie – wolałbym rozpocząć proces koordynacji ministerstw od uzgodnienia definicji podstawowych pojęć, które używane są w różnych znaczeniach w różnych ministerstwach. Koordynacja i integracja informacyjna musi poprzedzać – jak wszyscy doskonale wiedzą – koordynację informatyczną.

Proponuję zacząć normalnie pracować a nie uprawiać marketingowe sztuczki ze słowem „cyfryzacja”. Być może jednak się mylę, być może minister Boni pokona wszystkie przeszkody i Ministerstwo Cyfryzacji zanotuje wspaniałe osiągnięcia – dla mnie osobiście tekstem praktycznym jego funkcjonowania będzie problem Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii czyli urzędu który z definicji zajmuje się cyfryzacją map geodezyjnych i nie tylko. Jeżeli urząd ten zostanie przeniesiony z MSWiA i jeżeli w ciągu roku  powstanie w ramach Ministerstwa Cyfryzacji nowa ustawa o geodezji to wtedy uwierzę, że powołanie tego ministerstwa miało jakiś sens. Natomiast jeżeli GUGiK pozostanie w MSWiA to naprawdę będzie to dowód, że Ministerstwo Cyfryzacji jest tylko sztuczka marketingową uprawianą – jak wiadomo – przez wszystkie kraje III świata. Ładnie brzmi.

 

Piotr Piętak

Drukuj E-mail